Szkoła to wylęgarnia frustratów

Ostatnio byłam na stronie Joli Gajdy, która prowadzi serwis Super Kid, tworzony z myślą o rodzicach, którzy pragną jak najlepiej zadbać o rozwój swojego dziecka. Bardzo podobają mi się materiały, które Jola przygotowuje dla rodziców, by wspierali swoje dzieci w rozwoju.

Wiadomo, że szkoła to jest taki system, który nie pomaga dzieciom w rozwoju, a wręcz powoduje powstawanie w dziecku wielu ograniczających przekonań. Sama mam przykre doświadczenia, jeśli chodzi
o przeżycia mojej córki. Co prawda, udało mi się ustrzec ją przed obniżeniem jej poczucia własnej wartości.
O czym już pisałam.

Dziś zaprezentuję ci spostrzeżenia Joli Gajdy.

A ty jakie masz doświadczenia, jeśli chodzi o twoją edukację lub edukację twoich dzieci?
Podziel się, proszę, w komentarzu.

Pozdrawiam serdecznie, Grażyna

Szkoła to wylęgarnia frustratów

Autorem artykułu jest Jolanta Gajda

Jakie jest zadanie szkoły? Przekazać wiedzę. Ale chyba także przygotować w pewien sposób do życia. Do podejmowania różnych wyzwań, do radzenia sobie z niepowodzeniami, do tego by osiągać w życiu sukcesy. Bo każdy człowiek ma w sobie wystarczający potencjał i zasługuje na to, by osiągać sukcesy.

Jednak żeby nauczyć dziecko zaradności życiowej, nauczyciel (w szerokim znaczeniu tego słowa – czy to będzie szkolny nauczyciel, czy rodzic, czy dziadek, który prowadzi z dzieckiem dyskusje o życiu) – nauczyciel powinien sam być człowiekiem sukcesu. Kucharz nie nauczy ucznia szycia, jeśli sam nie ma o nim zielonego pojęcia. Motorniczy nie nauczy ucznia latania samolotem, jeśli sam nigdy tego nie robił. Nauczyciel szkolny nie nauczy dziecka tego, jak osiągać sukcesy, jeśli sam jest człowiekiem sfrustrowanym i niezadowolonym z życia. A niestety większość nauczycieli JEST NIEZADOWOLONYCH Z ŻYCIA. Jeśli Ty jesteś nauczycielem i jesteś pełen pasji, entuzjazmu i kochasz to, co robisz, to przepraszam. Jesteś tym wspaniałym wyjątkiem, którego entuzjazm i tak zostanie z czasem przygaszony przez SZKOŁĘ jako SYSTEM. Bo w systemie, żeby dobrze funkcjonował, wszystkie części mechanizmu muszą kręcić się zgodnie, według tego samego rytmu. Jeśli jedna część odstaje, to trzeba ją dostosować do reszty systemu.

Przykład 1 – Matematyka.
Pani Iksińska trafiła jako nauczyciel do szkoły o tak zwanym wyższym poziomie wymagań. W szkole tej są uczniowie wyselekcjonowani, którzy musieli przejść przez test kwalifikacyjny sprawdzający ich predyspozycje. Owa Pani chce sobie wyrobić autorytet. Jak to robi? Narzuca swój sposób rozwiązania każdego zadania. Inne sposoby NIE ISTNIEJĄ. A jak istnieją… to i tak nie istnieją ;) Uczeń nie ma żadnej możliwości sam dojść do tego, jaką metodą można zadanie rozwiązać. Po co ma dochodzić, skoro istnieje jedna, jedynie słuszna metoda? Jeśli zastosuje inną, otrzymuje jedynkę, bo Pani nie ma na tyle dobrej woli (a myślę, że także i wystarczającej kompetencji), żeby prześledzić tok rozumowania ucznia.

Czy Ty możesz sobie wyobrazić, jakie to ma konsekwencje? Szczególnie dla tych zdolnych uczniów, którzy mieli – przychodząc do tej szkoły – olbrzymi potencjał? Zero myślenia, zero kreatywności, zero rozwoju. A przecież to właśnie w szkole powinniśmy mieć SZANSĘ ROZWOJU?

Nauka życiowa z takich lekcji dla ucznia:
1. Każdy problem ma tylko jedno prawidłowe rozwiązanie.
2. Szukanie innych rozwiązań jest karane czy – w najlepszym przypadku – nieopłacalne.
3. Rozwiązania niestandardowe są złe.
4. Nie ma sensu myśleć, bo i po co?

Przykład 2 – Fizyka
Uczeń przygotowuje się do sprawdzianu. Ponieważ nie do końca rozumie jakieś zagadnienie, na sprawdzianie jego rozumowanie poszło złym tokiem i dostaje jedynkę. Nie jest zadowolony z tej jedynki. Chce wziąć sprawy w swoje ręce i coś z tym zrobić. Prosi kolegów, by mu wytłumaczyli temat i rozumie już gdzie leżał błąd w jego pojmowaniu. Chce poprawić ocenę i idzie do nauczyciela z pytaniem, co może zrobić, by otrzymać szansę na poprawę oceny. Jesteś ciekaw, co odpowiedział nauczyciel? „Dla śmierdzących leni nie mam sposobów na poprawę oceny”. Brzmi niewiarygodnie? A jednak jest to cytat prawdziwy.

No dobrze. Jaką naukę życiową wyciąga uczeń z tej lekcji?
1. nie warto podejmować inicjatywy.
2. nie warto podejmować prób naprawiania swoich błędów.
3. nie warto wychodzić do innych ludzi z prośbą, czy propozycją, bo spotkam się z odrzuceniem.
4. nie warto podejmować żadnego wysiłku, bo przecież jestem śmierdzącym leniem.

Jakże łatwo jest postawić uczniowi jedynkę. Jakże łatwo jest mu powiedzieć, że do niczego się nie nadaje. To przecież nic nie kosztuje.

O wiele trudniej jest zachęcić ucznia do myślenia, bo a nuż okaże się, że w pewnych sprawach jest mądrzejszy lub bardziej błyskotliwy ode mnie? A nuż wyjdą jakieś moje braki?

Zdemotywować ucznia jest bardzo łatwo. Wystarczy powiedzieć parę krzywdzących słów. Jeśli uczeń nie ma oparcia w rodzinie (co się niestety często zdarza), to zostaje skrzywienie na całe życie. Rośnie kolejny frustrat.

Żeby ZMOTYWOWAĆ ucznia do myślenia, działania i rozwoju, potrzeba czegoś znacznie więcej, niż studiów magisterskich z danego przedmiotu. Potrzebna jest elementarna wiedza z zakresu inteligencji emocjonalnej i psychologii osiągnięć. Nauczyciel, który ma tę wiedzę, zdaje sobie sprawę, że marchewka jest lepsza niż kij, czyli nagroda jest skuteczniejsza od kary. Jeśli zadasz sobie choć odrobinę trudu, by poznać ucznia, to nawet wtedy, gdy on nie przepada za Twoim przedmiotem, możesz mu dać takie wyzwania, które go uskrzydlą. Dadzą mu poczucie tego, że może dać z siebie coś wartościowego. Wystarczy, że wykorzystasz do tego jego pasje, zainteresowania i umiejętności. Wszystko da się połączyć.

Jeśli postawisz uczniowi jedynkę i powiesz z życzliwością w głosie: „Teraz nie poszło ci najlepiej, ale wierzę w ciebie. Jestem pewien, że dasz sobie radę i wkrótce to poprawisz.” – jak myślisz, jaki będzie efekt? A jeśli temu samemu uczniowi powiesz ironicznie – „Znowu jedynka, ale czegóż innego mogłem się po tobie spodziewać…” – jakie to przyniesie rezultaty?

Nauczyciel to też człowiek. To prawda. Może mieć swoje gorsze dni, zły humor, tragedie rodzinne, problemy zdrowotne i wszelkie inne ludzkie przypadłości. Jednak wszyscy mamy takie problemy. Gdy do biura wpadnie Pan Igrekowski, którego roznosi złość i frustracja spowodowane problemami w domu, ktoś mu po prostu powie –„Weź się w garść, chłopie” albo „Wyluzuj i przestań się wyładowywać na niewinnych ludziach”. Dorosły dorosłemu powie, co o nim myśli i da mu mniej lub bardziej delikatnie znać, by coś ze sobą zrobił. A nauczyciel w szkole? Może wyładowywać swoje frustracje bezkarnie, bo nikt z uczniów nie odważy się powiedzieć „Wyluzuj kobieto. To nie jest moja wina, że masz problemy osobiste”. Najgorsze jest to, że jakby tak powiedział, to miałby rację. Bo każdy dorosły człowiek powinien nauczyć się dojrzałego i odpowiedzialnego radzenia sobie z własnymi problemami. Ale do tego znowu jest potrzebna inteligencja emocjonalna. Może zamiast inwestować w komputery, które i tak nie są w szkole wykorzystywane, zainwestować w szkolenia z inteligencji emocjonalnej dla nauczycieli?

Podałam wyżej tylko kilka przykładów niekompetencji nauczycieli. Jest ich znacznie więcej i prawdę mówiąc można by było na ten temat napisać książkę. Nie chcę przez to powiedzieć, że wszyscy nauczyciele są źli. Nie chcę też, żeby to zostało odebrane jako atak. Sama znam też i takich nauczycieli, którzy są wspaniałymi ludźmi, pracują z pasją i wkładają dużo serca w to, co robią.

Ten wpis to po prostu mój krzyk bezsilności na to, co obserwuję wokół siebie w szerszej perspektywie.

To NIE ocena w szkole jest najważniejsza. To nawet NIE to jest najważniejsze, jakie szkoły uczeń ukończy i z jakimi wynikami. Ważne jest to, jak będzie przygotowany do życia.

Zupełnie niedawno miałam okazję rozmawiać z pewnym ojcem, który został zwolniony z pracy (z przyczyn ekonomicznych) i bezskutecznie próbował znaleźć zatrudnienie gdzie indziej. Miał za sobą wiele rozmów kwalifikacyjnych, ale żadnych efektów. Czas mijał, a on był ciągle bez pracy. Był bardzo rozżalony – jak to możliwe, że on, z wyższym wykształceniem, nie może znaleźć pracy?! Słuchając tego człowieka, wiedziałam już na pewno, że z takim nastawieniem, czyli przywiązywaniem nadmiernej wagi do wartości studiów, człowiek ten nie osiągnie sukcesu życiowego. A możliwość dłuższej rozmowy z nim i zaobserwowania jego zachowań na zebraniu z rodzicami dały mi odpowiedź, dlaczego on nie może znaleźć pracy. Sama nigdy nie chciałabym mieć w zespole człowieka o podobnym nastawieniu do życia i ludzi i na pewno bym kogoś takiego nie zatrudniła. Dla mnie to był przykład typowego frustrata, o którym piszę w tytule tego artykułu.

Ten sam ojciec skarżył się, że nie ma kontaktu ze swoim nastoletnim synem. To taki częsty problem, prawda? Problemy z nastolatkami… A wiesz, jaki jest jedyny temat rozmów tego ojca z synem? OCENY. Ten sam człowiek, który widzi, że szkolna edukacja nie daje gwarancji otrzymania zatrudnienia, interesuje się tylko tym, dlaczego syn ma takie słabe oceny. Jak może mieć z tym synem kontakt, skoro NIC O NIM NIE WIE???

Nie wspieraj szkoły w hodowaniu frustratów. Daj swojemu dziecku wzór do naśladowania. Rozwijaj się i bądź z dnia na dzień coraz lepszym człowiekiem. Bądź dla dziecka prawdziwym przyjacielem, z którym może rozmawiać o wszystkim. Bądź dla dziecka nauczycielem, który je wspiera, dodaje wiary w siebie i buduje jego poczucie własnej wartości. Nauczycielem, który je zachęca i pozytywnie motywuje.

Mamy już w społeczeństwie wystarczająco dużo smutnych, niezadowolonych, sfrustrowanych ludzi, którzy żyją z dnia na dzień i są zmęczeni codziennością. Więcej frustratów nam nie trzeba.

 

Jolanta Gajda, redaktor serwisu SuperKid.pl
autorka publikacji \”ABC Mądrego Rodzica\”

Artykuł pochodzi z serwisu www.Artelis.pl

Komentarze: 7

Masz coś do powiedzenia:

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

*

Miałam dokładnie to samo doświadczenie na matematyce w liceum. Pani tłumaczy zadanie dwa razy, w dokładnie ten sam sposób. Zupełnie nowy dział. Na 30 osób, tylko 10 zrozumiało o co chodzi. Po trzecim razie pyta, czy już rozumiemy. Nie rozumiemy. Na co Pani mówi: no to tak ma być.

Totalne skołowanie zafundowała mi jednak pani od polskiego. W tym samym liceum. Odpowiadam (tak, jak mnie uczono w moje wspaniałej podstawówce, pełnej wspaniałych nauczycieli, uczących myślenia) kreatywnie, myśląc samodzielnie. 100% na temat. Pani stawia mi jedynkę. Oczy mi z orbit wyszły, tak jak i całej klasie. Chyba nie było nawet uzasadnienia, oprócz „źle”. Kolejna lekcja, znów jestem wezwana. Przygotowałam się w ten sposób, że nauczyłam się na pamięć tego, co miałam w zeszycie, czyli to, co ta pani podyktowała. Znów otrzymałam jedynkę, z uzasadnieniem, że zmyślam. Pierwszy raz w życiu pokłóciłam się z nauczycielem. Wyrecytowałam jej własne słowa i usłyszałam, że zmyślam. Na kolejnej lekcji znów zostałam wezwana do odpowiedzi, ale odmówiłam odpowiadania. Dostałam jedynkę. Trzecią. Jakbym nie odpowiedziała to byłam na straconej pozycji, więc nie miałam się już po co wysilać u tej pani. Poleciało u tej pani jeszcze kilka podobnych akcji i zaczęła się awantura. Ona przeciw całej klasie. Nie byliśmy złą klasą, pani była sfrustrowaną nauczycielką. Finał: podczas tej awantury pani wykrzyczała, że nigdy nie chciała uczyć i nienawidzi uczenia. Najpierw byliśmy w szoku, z powodu takiej szczerości. Chyba było nam jej żal. Potem nasze relacje się poprawiły, bo pani nie musiała już udawać. Zniknęło też kilka jedynek z dziennika. Pani zwolniła się z końcem tamtego roku.

Po latach myślę, że liceum jest tak samo trudne dla młodzieży jak i dla nauczycieli. Nauczyciele boją się młodzieży, uczniowie chcą szacunku jak każdy człowiek. Jakoś przeżyłam koszmar liceum dzięki temu jak uczyli moi nauczyciele w podstawówce. Wspaniali i z powołania. Nie straciłam tego w okresie liceum, choć zespół się starał bardzo, z panią dyrektor na czele. Była jedynie garstka normalnych nauczycieli. Faworyzowani byli Ci, którzy się podlizywali i donosili oraz prymusi. Koszmar. Jestem 11 lat po liceum. 6 lat temu dowiedziałam się, że to Liceum zostało zlikwidowane. Czyżby jacyś rodzice nie wytrzymali?

No, ja mam świeże doswiadczenia u córki.
Na matematyce po korepetycjach corka rozwiązuje zadanie innym, prostszym sposobem, no to pani mowi, ze nie zna tego wzoru i nie postawi jej oceny, chyba ze wyprowadzi corka dowod na prawdziwosc tej zaleznosci.

No to nie wyprowadzila.

Ale to i tak drobna sprawa.

Gorzej z panią od polskiego. Bo jak corka usmiechnieta, znaczy, ze lekcewazy panią. Wiec pani ją glebi notorycznie, aż jej sie odechciewa byc aktywną na lekcji. No to wtedy obietnica jedynek, jesli nie bedzie aktywna, a niewazne, jakie ma stopnie ze sprawdzianow, no bo to ona stawia oceny na semestr…
Dopiero jak staje sie na lekcji totalnie smutna i zgnębiona, to jest OK. I wtedy pytanie z troską: A co ty taka smutna, czyzby klopoty w domu?

Juz nie wspomne o pani od informatyki, ktora stawiala jej nieobecnosci, mimo ze byla na lekcji, jak corka powiedziala, ze przeciez byla na kazdej lekcji, to pani „i tak mi nie udowodnisz tego”, a na swiadectwie 3 z informatyki za stosunek do przedmiotu i te rzekome nieobecnosci.
Mimo ze corka wychowala sie z komputerem i od 4-latka korzysta z oprogramowania, bo komputer byl w domu „od zawsze”. Jest swietna z informatyki i powinna miec 6.

Takich przykładów można by mnożyć. Ja też jestem pedagogiem.Mam doświadczenia jako nauczyciel i jako dyrektor szkoły.I krew mnie czasem zalewa.Najgorsze jest to, że bardzo trudno nauczycielowi zwrócić uwagę.Co wtedy – po prostu tragedia życiowa, nagonka itp, itd.

I na koniec z mojego rodzicielskiego podwórka.
Nauczyciel:jakim cudem na wszystkich zewnętrznych sprawdzianach i konkursach jesteś najlepsza, jak u mnie po prostu jesteś tylko dobra?
Co ma odpowiedzieć uczeń?

No tak.
A z mojego podworka z córką to jeszcze to, ze nie uznali jej jako osiągniecia na Przedsiebiorczosci zorganizowania Alterantywnych Lecji Przedsiebiorczosci z Kamilem Cebulskim dla uczniow szkol srednich jako osiągnięcia, bo moze pomagala ci mama.
A ona zebrala tyle nagrod dla uczniow od sponsorow, ze Kamil powiedzial, ze chetnie by sie od niej nauczyl jak to sie robi i zdobyla kase od sponsorow na oplacenie sali widowiskowej w Centrum Kultury i Promocji.
I wicestarosta mi gratulowal przedsiebiorczej corki :-)

No to pytala, co jej mogą wyznaczyc do wykonania, zeby miala 6. Ale liczyly sie tylko klasowki z teorii, no i ma 4.

Dlatego bardzo ważna jest postawa rodziców i świadomość tego, ze nie oceny są ważne. I zmuszanie do uczenia sie wszystkiego, no bo ta średnia, jest złym rozwiązaniem :-)

Ważne, by pomóc dziecku odkryć jego talenty i wspierać w ich rozwijaniu.

Z autopsji: miałam w szkole kłopoty z matematyką. Bo? Bo robiłam zadania po swojemu, co nie zawsze pasowało nauczycielce – często było inaczej niż ona miała rozwiązane. Uparłam się zdawać matematykę na maturze z czego nie była zachwycona, przygotowywałam się korzystając z pomocy osoby zaprzyjaźnionej która zarzucała mnie zadaniami, jak za długo sobie nie radziłam – rzucała wskazówkę i kazała szukać. Miałam rozwiązać problem – jak chciałam. Maturę zdałam z matematyki na 5 (wtedy była to najwyższa ocena). Potem powiedziałam, że idę na studia techniczne, na co matematyczka stwierdziła że jak nie wylecę z matmy po pierwszym semestrze to jej TU (pokazując dłoń) kaktus wyrośnie. Nie wyleciałam. Co więcej spotkałam fajnego profesora, który nie komentował jak przychodziłam pytać że czegoś nie wiem – tylko siadał i tłumaczył i pokazywał. Pierwszy semestr zaliczyłam w pierwszym terminie, ale nie najlepiej – nadrabiałam braki ze szkoły. W drugim – zdałam matmę na studiach na 5. I zapytałam czy mogłabym chodzić dodatkowo na matematykę jako wolny słuchacz. Dostałam zgodę na drugi kierunek – i mam i mgr z matematyki, potem już dla siebie chodziłam i na doktoranckie z matematyki (doktorat mam z czego innego) ;) A matematyczka – udawała że mnie nie widzi na ulicy chyba jeszcze kilkanaście lat po maturze. I byłam jej „solą w oku” – ile razy narzekała na jakiegoś ucznia wg, niej „noge” z matmy – wytykano jej – taka sama „noga” jak ta co napisała maturę na 5 i skończyła matematykę a wg ciebie też się nie nadawała ;).
Drugi przedmiot – biologia – nauczycielka usiłowała zachęcić do nauki – cokolwiek bym nie powiedziała, odpowiadała „i tak nic nie umiesz, siadaj, trzy.” No to przestałam w ogóle odpowiadać co skończyło się awanturą i wezwaniem rodziców do szkoły że ja lekceważę bo nic nie mówię ;). Wtedy były to dla mnie ważne osoby i szkoda że tak się to układało. Dziś sama uczę, jestem nauczycielem akademickim – ale chyba zmienię pracę. Nie chcę być byle jakim nauczycielem – a konieczność dorabiania, obcinanie godzin i zwiększanie liczności grup studentów w celach „oszczędności” do tego zmusza: brakuje mi czasu na indywidualne podejście i jestem przemęczona nadgodzinami – koniecznymi bo starczyło na opłacenia comiesięcznych należności. A nie chcę stać się zgorzkniałym nauczycielem i sfrustrowanym naukowcem. Albo nauczycielem którego spotkałam już na studiach – przychodził tylko na zajęcia, odczytywał listę, odsiedział i wychodził. „Tak pracują jak mi płacą” – wyjaśnił…. Myślałam że na uczelni jest miejsce dla osoby twórczej, lubiącej się uczyć, poszukującej powiązań, uwielbiającej rozwiązywanie problemów i poszukiwanie nowych rozwiązań – ale nie… Więc niestety to przechodzi na coraz wyższe szczeble. A konieczność uznania matury jako rankingu przyjęcia na studia (zamiast egzaminów wstępnych na uczelni) drastycznie obniżyła poziom obecnych studentów… Na studia techniczne, po maturze pojawiają się osoby nie umiejące skrócić ułamka !

Witaj Megg
To ciekawe, co piszesz.
Oczywiste jest, ze szkoła tradycyjna nie potrafi pracować z uczniem zdolnym.
A większość pań nauczycielek jest przywiązanych do swoich metod, zadań, rozwiązań i boi się pomyśleć nad innymi możliwymi rozwiązaniami.

Mnie osobiście także nie podoba się ten system, że matura decyduje o możliwości przyjęcia na studia.

Videos, Slideshows and Podcasts by Cincopa Wordpress Plugin

Copyright © 2021. Powered by WordPress & Romangie Theme.

Videos, Slideshows and Podcasts by Cincopa Wordpress Plugin