Podstawowe błędy, jakich nie należy popełniać przy rozwijaniu biznesu
Po zapisaniu się do Klubu Przedsiębiorcy 18 IX 2007 roku i dzięki nawiązaniu współpracy z Kamilem Cebulskim także we wrześniu 2007 roku, już przed połową 2008 roku z osoby, która całymi miesiącami nie odnotowuje wizyty klienta miejscowego, stałam się osobą, która sypia po 4-5 godzin na 48 godzin. Bardzo dużo pracy i bardzo dużo szkoleń. Szkoleń płatnych i gratisowych. Z marketingu i różnych obszarów rozwoju osobistego. Miałam nawet wtedy wpisy na blogu www.blog.madgraf.eu na ten temat, że pracuję po dwie doby bez snu.
Bo ja sprzedawałam swój czas, zarabiając na składach i korektach. To raz.
A dwa, pracowałam za stawki minimalne na rynku, no bo albo pani akceptuje tę stawkę, albo będę współpracować z kim innym, albo wręcz za stawki przypadkowe i śmieszne przy składach skomplikowanych publikacji z wieloma fotografiami, na tej samej zasadzie, no bo albo pani zaakceptuje, albo damy komu innemu, i zamiast np. godziwego i adekwatnego do wkładu pracy wynagrodzenia za pracę ok. 19 000 zł netto, otrzymywałam propozycję 5000 zł brutto…
I akceptowałam, bo szybko pracuję…
A wszystko po to, by wyrabiać się z należnościami za inwestycje, w które się optymistycznie kolejno „wkręcałam” (no bo „niezbędne i potrzebne, a ja zarabiam dużo”) i nie stracić Certyfikatu Rzetelna Firma
w Krajowym Rejestrze Długów, który był dla mnie bardzo ważny i prestiżowy.
I mobilizował mnie do rzetelności w rozliczeniach finansowych z bankami i firmami, z którymi współpracuję.
A trzy. Przejmowałam nieodpowiedzialność klientów na siebie, czyli dawałam im beztrosko dowolnie długi czas na przygotowywanie materiałów, a gdy okazywało się, że termin przekazania publikacji ich klientom jest niewzruszony i krótki, pracowałam nawet tydzień prawie bez przerwy i bez snu, na zasadzie, „padam”, no to chwilę się prześpię, budzik za parę godzin i… dalej do pracy, no bo trzeba terminu dotrzymać. Bo po co komu publikacja po imprezie, na którą była zaplanowana do promowania osiągnięć klienta. A proces składu publikacji, szczególnie skomplikowanej, z licznymi fotografiami, ma swoje nieubłagane wymagania
i potrzebuje czasu.
No a na dodatek, moje 48 godzin to nie była tylko praca i udział w szkoleniach, ale także rozległa pomoc innym. Nie byłam asertywna, nie umiałam odmówić pomocy, więc całymi godzinami udzielałam też znajomym porad na Skypie w ich problemach zawodowych. Więc tym bardziej, szaleńczy wyścig z zarabianiem i 48 godzin na dobę to za mało…
I jak ci się podobają moje „ostrzeżenia”, zapraszam do komentowania :-)
Pozdrawiam serdecznie, Grażyna



Bardzo ciekawe. No właśnie ta obawa przed „albo się pani zgodzi, albo pójdę gdzie indziej” psuje biznesy zwłaszcza kobietom. Asertywność jest b.ważna. Na początku działalności często nie można sobie pozwolić na wybór klientów, ale z czasem trzeba zacząć także stawiać warunki. Bo dlaczego mamy znienawidzić naszą pracę, tylko dlatego, że godzimy się na nie partnerskie relacje z klientami i marną zapłatę. Po wielu latach doświadczenia w sprzedaży widzę, że zasady „Nasz klient, nasz pan” nadużywa się, ze szkodą dla wszystkich: i klientów, i przedsiębiorców. Bardzo dobry artykuł ostrzegawczy.
Miałam kiedyś klienta, który wyraźnie przeginał. „Bo pójdę gdzie indziej” – wręcz zagroził. „Pana wybór, nie muszę sprzedać” – odpowiadam prawie obojętnie (bo miałam go już dość, a zwłaszcza jego chamstwa). Nie poszedł. Dobrze wiedzieliśmy, że nie znajdzie lepszej ceny.
Szanujmy się, Kobiety w biznesie. Pozdrawiam ciepło.